23.06.2014

2

Zachodni skraniec terytorium stada Exosha, kilka minut przed wydarzeniem na sawannie
Choć Słońce oblewało swym blaskiem ziemię od ładnych paru godzin, były miejsca gdzie promienie nie zdążyły dojść. Jednym z nich było wnętrze starego i wyschniętego baobabu. Roślina na przekór wszystkim zjawiskom próbowała dowieść, że choć martwa to jest silniejsza od wszystkiego co żyje. I udawało się to już jej od dwustu lat. Lwem który najlepiej o tym wiedział był Mlinzi, szaman i znachor stada, syn poprzedniego przewodnika który wybrał to drzewo na siedzibę. Nie chodziło jemu tylko o położenie rośliny ale również od jego historię, był bowiem ten twór flory jedynym ostałym drzewem z wielkiej fali płomieni, która pochłonęła większą część dżungli pozwalając wyrosnąć sawannie jaką obecnie zajmował szaman i jego pobratymcy. Nikt właściwie nie wiedział jak to się stało, że drzewo przeżyło żywe ten kataklizm z jedynie lekko osmoloną korą ale każdy wiedział, że coś w nim było magicznego. Mlinzi przeszedł przez szczelinę w pniu i szturchnął dzwonki zawieszone tuż przy wejściu. Gdy był małym kocięciem jego ojciec pewnego dnia znalazł je i przyniósł, od tamtej pory ich dźwięk zawsze przypominał mu ojca. Uśmiechnął się i przeszedł w głąb drzewa. Na naturalnych pułkach piętrzyły się przeróżne specyfiki. Niektóre potrafiące uleczyć lwa nawet na skraju życia i śmierci, inne zaś umieszczone w dobrze zadanej ranie potrafiące powalić słonia. Lew przeszedł przez kolejną wnękę i zaczął się spinać w górę. W końcu był na szczycie baobabu. Miał on stąd doskonały widok na okoliczne tereny, Mlinzi nie przyszedł tu jednak na obserwacje. Pomimo bycia szamanem jego główną rolą nie było leczenie czy trucie niepotrzebnych już lwów. Jego zadaniem było pilnowanie przeznaczenia członków stada. Na szczycie drzewa każdy miał swój mały malunek. Nawet on sam, złota sierść pokryta licznymi burgundowymi tatuażami, lazurowe oczy czy czarna grzywa przetykana kolorowymi piórkami papug, zostały uchwycone nawet kamyczki, które miał przetknięte przez uszy. Przetarł łapą swoją podobiznę i zaczął oględzin innych rysunków. Żaden nie zbladł. Uśmiechnął się w duchu, że może odpocząć i ułożył się na drzewie w stronę z której promienia słońca powinny oświetlać drzewo. Przymknął oczy. Nagle usłyszał za sobą odgłos jakby ciamkania. Odwrócił się i zamarł. Drzewo właśnie pochłaniało jeden z malunków. Po chwili ciamkanie ustało i rysunek znikł, kilka podobiznach innych lwów zaczęło bladnąć. Mlinzi wyszedł z pierwszego szoku i skoczył do zejścia na dół, przebiegł przez szczeliny i wbiegł w trawy.
- Fudi! Fudi! Złaź tu pierzasta kreaturo! - krzyczał.Już po chwili wołana postać przyleciała i wylądowała przed lwem. Mały bilbil z lekką obrazą wymalowaną w jego oczach  wpatrywał się w lwa i czekał na polecenie.
- Leć do Khamira. Stało się coś złego - widząc minę posłańca na określenie „coś złego” dodał - Malunki.Ptak od razu wzbił się w powietrze.
- Powiedz, że zaraz tam będę! - wykrzyczał jeszcze tylko do ptaka.
Bilbil poleciał prosto do przywódcy stada Exosha.

****
Khamir spokojnie kąpał się w słońcu na jedynym z wielu głazów leżących przed wejściem do legowiska stada.  Siedem lwic wraz z jego żoną poszła polować a pozostałe opiekowały się lwiątkami na niedalekim wzgórzu, nawet jego brat gdzieś się ulotnił przez co Khamir mógł spokojnie odpoczywać. Dumnie uniósł głowę spowitą w fali rdzawych, kręconych kosmyków grzywy. Zawiał lekki wiatr, jego biszkoptowa sierść i grzywa zafalowały, nic dziwnego, że czasem nazywano go Jua - słońce. Nagle wylądował przed nim mały ptak niszcząc jego spokój.
- Przynoszę wiadomość od szamana - Khamir zmrużył oczy i skinął lekko głową na znak, że może mówić dalej -  Dzieje się coś złego z malunkami, szaman ma za niedługo tu przybyć.
Ptak nie czekał na to by przywódca lwów wydał mu jakiekolwiek polecenie i odleciał w jemu tylko znane miejsce. Tymczasem Jua zerwał się z kamienia i co tchu popędził na wzgórze gdzie miała być większość lwic, gdy dotarł na miejsce szybko się tylko rozejrzał w poszukiwaniu swej matki, babki i prababki, czasami żałował, że to nie jego ojciec miał okazję dożyć tak sędziwego wieku. Spowolnił krok i potruchtał do rodziny. Jego matka Zalija zajmowała się jego najmłodszym synem Yaraą, zaś w łapach swojej babci i prababci zauważył Binti, bliźniaczkę Yaray.
- Matko, gdzie jest Harim?
- To, że jest moim synem nie oznacza, że muszę go śledzić - lwica polizała po łebku wnuczka na co lewek 
zareagował śmiechem. 
- Mamo błagam cię, to pilna sprawa. -  Zalija spojrzała się tylko na niego krzywo, wciąż nie mogła mu darować tego, że ukradł bratu żonę. Gdyby nie lwiątka zapewne dawno by go wydziedziczyła. 
- Przejrzysty wodopój. - mruknęła tylko i zajęła się z powrotem małym lwiątkiem mrucząc jakąś piosenkę. 
Khamir skinął niepewnie głowę i pobiegł nad wodopój.

___________________________

O co chodzi z tymi malunkami? Dlaczego Khamir pomimo, że jest królem biegnie do swojego brata? Co się dzieje teraz z Maabi? Kiedy pojawi się naszyjnik z loga? I kiedy Indygo odda rysunek? To wszystko już w następnym odcinku! (albo i nie)  DAM DAM DAAAAM
Tak po za tym co tam u was? c: